Islay & Skye: notatki z dziennika podróżnego

14/7/2018

Widok na destylarnię Lagavulin i ruiny zamku Dunyvaig, siedziby dumnych, średniowiecznych Władców Wysp, Lords of the Isles.

Kiedy nie tak dawno z pokładu jachtu bujającego się w strugach deszczu po momentami paskudnych falach dostrzegłem wreszcie zarys lądu, wyspa Islay jawiła mi się jak mityczna Itaka. Nareszcie stały ląd, huśta coraz mniej, a i deszcz przestaje przeszkadzać. A kiedy zobaczyłem wyłaniającą się zza zakrętu cieśniny destylarnię Caol Ila, przed którą planowaliśmy kotwicować, czułem radość porównywalną co najmniej z moją pierwszą stycznością z legendarną wśród whiskopijców wyspą Islay. Gotów byłem skakać i tańczyć z radości. Całe szczęście, że byłem przypięty do łódki, bo nie wiem jak ten przypływ entuzjazmu mógłby się skończyć. Krótko potem staliśmy na kotwicy, na niebie pojawiło się piękne słońce, ktoś łowił rdzawce w wodach Sound of Islay, a skiper już grzał olej na patelni. Raj na ziemi.

Jadąc na Islay – i tutaj zdecydowanie nie polecam nawet 14-metrowego jachtu – trzeba być przygotowanym na chłodne przyjęcie. I mokre. A także typową dla Szkocji zmienność pogody. Tego samego dnia, kiedy myślałem, że na zawsze pochłoną mnie potężne fale morza gdzieś między Islay i Gighą, późnym popołudniem odbyliśmy spacer – już lądem, po twardym gruncie – spod Caol Ila do hotelowego baru w Port Askaig. I okazało się, że ten polar, który wrzuciłem na wierzch wcale nie był mi już potrzebny. Nie mówiąc o kurtce przeciwdeszczowej.

Innym razem, kilka lat wcześniej, najbardziej w pamięci utkwił mi kilkugodzinny postój w tym samym barze w Port Askaig. Nie miałem wówczas ze sobą samochodu, zdany byłem na lokalną komunikację publiczną. No i siedziałem w tym barze czekając aż się przejaśni. Przez okno, wychodzące na cieśninę Sound of Islay i znajdującą się po drugiej stronie wyspę Jura, nie było widać nic. Ani Jury, ani nawet wód cieśniny. Szaro, mokro. Niezmiennie przez kilka godzin. I żadnych widoków na warunki do zaplanowanego wcześniej spaceru do destylarni Caol Ila. Autobus, który wreszcie zabrał mnie stamtąd, przywiózł do Bowmore, gdzie akurat w chwili, gdy z niego wysiadałem na niebie pojawiło się piękne słońce, a chmury, które dokuczały mi przez większość dnia, rozmyły się gdzieś na horyzoncie. Ach, Islay!

[caption id="attachment_434" align="aligncenter" width="980"]

Pochodzący z VIII wieku, celtycki Kildalton Cross jest jednym z najstarszych tego typu obiektów w Szkocji. Do znalezienia kilka kilometrów za Ardbeg.[/caption]

Któregoś razu, podczas samotnego pobytu na wyspie, udałem się spacerem do ruin kaplicy Kildalton. Nie sama kaplica przyciąga tu turystów, a stojący na przyległym do niej cmentarzu zabytkowy krzyż celtycki, jeden z najstarszych tego typu obiektów w Szkocji. Kildalton Cross to obowiązkowy punkt w planach każdego, kto odwiedza Islay. No i poszedłem tam, bo nic innego do roboty nie miałem. Wprost znad jeziora Airigh Nam Beist, z którego wypływa potok zasilający destylarnię Ardbeg. Kaplica i krzyż Kildalton najlepiej odwiedzać, gdy nie ma wokół więcej nikogo. Na przykład, w pochmurny dzień jakoś pod koniec stycznia. Spokój, oddalenie, okoliczności do prawdziwej zadumy, wyciszenia. Cudownych kilka chwil, zmąconych jedynie coraz bardziej ciemniejącym niebem nad starymi kamieniami. Kiedy jasnym się stało, że za chwilę naprawdę nieźle zmoknę, wyruszyłem w drogę powrotną do Port Ellen, gdzie czekał na mnie ciepły i suchy pokój w pensjonacie. Wszak to tylko około 10 kilometrów. Na wszelki wypadek na plecak naciągnąłem pokrowiec przeciwdeszczowy, zabezpieczyłem aparat fotograficzny, pozapinałem wszelkie zamki kurtki. Nie uszedłem stu metrów, kiedy wprost na moją głowę niebo zaczęło lać wiadra wody. Dosłownie. Cóż mi pozostało? Szedłem dalej. Raczej nie mogłem liczyć na to, że ów pensjonat przyjdzie do mnie, a w tym zakątku wyspy nie ma mowy o autobusach, czy nawet przypadkowych samochodach, których kierowcy mogliby zaoferować mi podwózkę. Nie, tu panuje cisza i spokój. I wszechobecny szum deszczu.

W pewnym momencie, po minięciu kępy zarośli przy zakręcie drogi, którą raźno maszerowałem – stanąłem jak wryty. Przede mną stało stadko jeleni, na czele którego znajdował się dorodny czternastak. Tak oko w oko, w odległości kilkunastu metrów. W strugach ulewnego deszczu. Nie wiem kto był bardziej zaskoczony tym spotkaniem, ale obydwie strony przez chwil parę stały wpatrując się sobie w oczy. Nie wiem o czym myślały wtedy jelenie. Ja biłem się z myślami na temat tego aparatu, który tak starannie zabezpieczyłem w pokrytym nieprzemakalną płachtą plecaku. I czy warto próbować wykonywać jakieś ruchy by go jednak wyciągnąć i użyć. Nawet ryzykując zalanie wodą. I zdecydowanie ryzykując spłoszenie jeleni. Ostatecznie nie zrobiłem nic. Ani drgnąłem. Stałem, wpatrując się w ogromne, przepiękne, wlepione we mnie oczy przywódcy stada. Tego jednak wreszcie znudziła bezczynność, odwrócił się niespiesznie, i dostojnym krokiem oddalił się w stronę zagajnika otoczonego prowizorycznym ogrodzeniem. Miało ono co najmniej 1,5 metra wysokości, może trochę więcej. Jelenie, jeden po drugim, podążając śladami swojego wodza, podchodziły do tego płotu i bez najmniejszego wysiłku przesadzały ogrodzenie z miejsca, bez żadnego rozbiegu – hop, hop, hop… A ja stałem jeszcze kilka chwil, absolutnie urzeczony. Do mokrej i zimnej rzeczywistości przywołała mnie strużka lodowatej wody, która dostała się pod kołnierz kurtki i zaczęła spływać mi po ciele.

Ze dwa kilometry dalej, totalnie przemoczonego, zabrał mnie do samochodu pewien rybak, którego nagła zmiana pogody przepędziła z łowiska i który właśnie wracał do domu w Port Ellen. Nawet nie trzeba było machać na niego, żeby się zatrzymał.

[caption id="attachment_432" align="aligncenter" width="980"]

Old Man of Storr to ta iglica wystająca obok widocznego na zdjęciu uskoku. Ma około 70 metrów wysokości, licząc od nasady.[/caption]

Na wyspie Skye, jakieś sto kilometrów na północ w linii prostej od Islay, jednym z miejsc, które zawsze odwiedzam, gdy mam szczęście zawitać w okolicy, jest Storr. Wyspa Skye to prawdziwy raj na ziemi dla osób wrażliwych na piękno krajobrazu, a Storr, znajdujący się nieopodal Quiraing, czy okolice potoku Allt Coir a’Mhadaidh, tworzącego bajkowe Fairy Pools – to poważni faworyci w konkursie na najpiękniejsze miejsce na Ziemi.

Storr i Quiraing to twory geologiczne powstałe wzdłuż ogromnego, kilkunastokilometrowego uskoku tektonicznego. To cały szereg skalnych urwisk, labiryntów i ostańców, wyrzeźbionych przez naturę tam, gdzie jedna płyta tektoniczna postanowiła wynieść się kilkaset metrów ponad drugą, tworząc miejsca magiczne. Jeśli dorzucimy do tego skaliste, wysokie i strome góry Black Cuillins, z których spływa m.in. wspomniany wcześniej Allt Coir a’Mhadaidh, poszarpaną linię brzegową wyspy, liczne zatoki i klify – nie dziwmy się, że Skye to niekwestionowany krajobrazowy numer jeden w Szkocji. Niestety, coraz bardziej zadeptywany przez rzesze turystów, ale to już temat na inną opowieść.

Zdarzyło mi się któregoś ponurego dnia, że wybrałem się do Storr. Celem takiej wyprawy zawsze jest niezwykła, charakterystyczna, 70-metrowa iglica, zwana Old Man of Storr i otaczające ją skalne twory. Byłem tam wiele razy, jednak przy pięknej, słonecznej pogodzie bywa tam tłoczno, szczególnie w szczycie sezonu. Tym razem, co prawda, nie padał deszcz, ale chmury wisiały na tyle nisko, że nie widać było ani owej iglicy, ani wspomnianego uskoku. Nic dziwnego, że nikt z moich współtowarzyszy nie kwapił się do wspinaczki. Poszedłem sam. Kiedy dotarłem do skalnego labiryntu, gdzie znajduje się Old Man, okazało się, że sięgnąłem pułapu chmur. Widoczność raz była niezła – nawet ponad sto metrów – innym razem tkwiłem we mgle i ledwo widziałem czubki swoich butów. Dotarłem do nasady iglicy Old Man of Storr. Skały były śliskie, więc trzeba było stąpać bardzo ostrożnie, by nie zrobić sobie krzywdy. Usiadłem więc na którymś z kamieni i napawałem widokami. A przynajmniej tym, co przez mgłę dało się zobaczyć. Teraz więcej, za chwilę mniej. Bywały momenty, kiedy wyraźnie widziałem górującą nad moją głową maczugę Staruszka ze Storr. I czułem się pod nią taki mały. Ogromna, wysoka skała wisiała nade mną i wydawała się być jedynym obiektem wśród morza mgły.

[caption id="attachment_433" align="aligncenter" width="980"]

Widok na Storr, wyspę Raasay i stały ląd (gdzieś tam w tle) spod Old Man of Storr,[/caption]

I kiedy tak czułem się mały, kiedy tak podziwiałem ogrom Old Man of Storr, wówczas powiał wiatr. Wiatr, który na kilka chwil rozwiał podstawę chmur na kilkaset metrów ponad moją głową. I rozpoczął się spektakl. Jak w teatrze, rozsunęła się białoszara kurtyna. Zobaczyłem nagle – tuż obok siebie, niemal na wyciągnięcie ręki – ów uskok, ten trzystumetrowy klif, ciągnący się od horyzontu po horyzont, wyłaniający się z mgły i ginący w niej z drugiej strony. I wtedy ta ogromna – jak się dotąd wydawało – iglica Old Man of Storr musiała poczuć się tak, jak ja parę chwil wcześniej. Malutka, miniaturowa wręcz. Słowa nie są w stanie opisać jak tyci poczułem się wtedy ja. Mimo ogromnej do nich sympatii, cieszyłem się, że żaden z moich współtowarzyszy nie zdecydował się wspinać tam ze mną. Byłem sam i miałem wrażenie, że wręcz unoszę się na fali euforii wywołanej niespodziewanym widokiem, proporcją skali, ulgą, że nie muszę do nikogo się odzywać, od nikogo przyjmować komunikatu, że jak tu k***a pięknie…

Ach, zapomniałbym – na Islay działa obecnie osiem destylarni whisky słodowej, spośród których co najmniej połowa ma pewne miejsca na topie listy najbardziej kultowych wytwórni szkockiej wody życia. Nie ma wielbiciela whisky szkockiej, który nie słyszałby o Ardbeg, Lagavulin, Laphroaig, Bowmore czy Bruichladdich. Na północno-wschodnim wybrzeżu, nad cieśniną Sound of Islay, buduje się właśnie dziewiąta, Ardnahoe. Na Skye do niedawna działała tylko jedna destylarnia – ale za to jaka! Talisker to marka, która nie wymaga reklamy. Należy mieć nadzieję, że otwarta niedawno na wyspie druga gorzelnia – Torabhaig – już wkrótce też stanie się celem pielgrzymek wielbicieli whisky. Na sąsiadującej ze Skye maleńkiej wysepce Raasay niedawno po raz pierwszy rozgrzano alembiki w nowej gorzelni Isle of Raasay. Coraz więcej powodów, by odwiedzić zarówno Islay, jak i Skye.

[caption id="attachment_431" align="aligncenter" width="980"]

Fairy Pools to zagłębienia w skale wyrzeźbione przez spływające z gór Cuillins wody potoku.[/caption]

Rajmund Matuszkiewicz
Autor

Rajmund Matuszkiewicz

Pasjonat Szkocji i szkockiej whisky. Autor pierwszej strony internetowej w języku polskim, poświęconej szkockiej whisky słodowej. Od 2000 roku odbył dziesiątki wypraw do Szkocji, odwiedził niemal wszystkie szkockie destylarnie, niektóre wielokrotnie.

Więcej z tej kategorii

Jak dziś wykańcza się Whisky?
26/11/2018
ODWIEDZAMY MAGAZYN PORTO - GRAHAM
25/10/2018
Wywiad z P. Thompsonem - założycielem destylarni Dornoch
18/10/2018