Jak rozszyfrować etykietę na butelce whisky cz.2

24/5/2018

W ubiegłym tygodniu rzuciliśmy okiem na etykiety whisky i spróbowaliśmy rozszyfrować poszczególne sformułowania, oddzielić informacje istotne od nieważnych, a także wyczytać z etykiety również to, co producent wolał przemilczeć. Dzisiaj kontynuujemy ten temat, gdyż z niewielkiej etykiety da się wyczytać ogrom wiadomości.

Zawartość alkoholu

Zgodnie z przepisami, whisky musi zawierać minimum 40% alkoholu objętościowo (40% vol.). Jeśli z jakiegoś powodu zawartość ta spadnie poniżej tego poziomu (zapomniana przed długie lata beczka gdzieś w kącie starego magazynu), trunek taki już nie może się nazywać whisky. Nie żeby zaraz wylewano go do ścieków, ale to osobna historia. Szczególnie, że jeśli tyle alkoholu wyparowało, z pewnością mamy do czynienia ze starą, dobrze odleżaną whisky. Innymi słowy, cenną whisky.

[caption id="attachment_351" align="aligncenter" width="980"]

Niezależny dystrybutor Blackadder chlubi się swoją ofertą najbardziej naturalnych whisky. Moc beczki (cask strength) jest tu bardzo wyeksponowana na etykietach.[/caption]

Beczki napełniane są zwykle destylatem o mocy 63,5%. Ktoś gdzieś wyliczył, że jest to optymalna moc – pozwala uniknąć nadmiernych strat związanych z parowaniem mocniejszego destylatu, a i procesy zachodzące na styku alkohol-dębina są przy tej mocy najbardziej pożądane. Zdarza się, że tu i ówdzie odstępuje się od tej zasady i destylat trafiający do beczek ma większą moc, ale to dla naszych rozważań nie ma większego znaczenia. W trakcie leżakowania, jak już wcześniej pisałem, moc destylatu stopniowo spada. Przed butelkowaniem whisky jest najczęściej rozcieńczana, jednak nie zawsze musi to być standardowe 40% lub 43%. Bywa, że z różnych powodów producent postanawia zaoferować swoją whisky o innej mocy. Najbardziej klasycznym przykładem jest tu Talisker, od zawsze zawierająca 45,8% w zdecydowanej większości oficjalnych edycji.

Wiele whisky oferowanych obecnie na rynku ma zawartość alkoholu podniesioną do 46%. Skąd ta zmiana? Ano, wraz z rosnącą popularnością whisky niepoddawanych filtrowaniu na zimno (o tym dwa słowa poniżej), podnosi się zawartość alkoholu, by uniknąć zmętnienia zawartości butelki, spowodowanego przez cały szereg nieodfiltrowanych elementów. Niefiltrowana whisky potrafi zmętnieć w kieliszku, szczególnie jeśli dodamy do niej odrobinę wody dla otwarcia aromatu. Wyższa zawartość alkoholu zapobiega temu zjawisku i whisky pozostaje atrakcyjnie czysta i klarowna.

Whisky nie zawsze musi być rozcieńczana. Zdarza się, szczególnie w przypadku dystrybutorów niezależnych, że trafia ona do butelki w dokładnie takiej postaci, w jakiej znajdowała się w beczce. W najbardziej naturalnym stanie – żadnego rozcieńczania, filtrowania czy barwienia. W takim przypadku jej moc zależy od tego, ile alkoholu zdążyło wyparować od chwili, gdy świeży destylat trafił do beczki. Wartość, jaką znajdziemy wówczas na etykiecie może być absolutnie dowolna, czasem nawet wyraźnie powyżej 60%. Mówimy wówczas o edycji cask strength, czyli mocy prosto z beczki. Informacja na ten temat również ma szansę pojawić na etykiecie, jednak w przypadku wszelkich wartości powyżej 46%, a w szczególności wartości przypadkowych, podawanych z dokładnością do jednego miejsca po przecinku – będzie to na pewno cask strength i nie ma potrzeby o tym specjalnie informować.

Barwienie karmelem

Toczą się spory, czasem bardzo namiętne, na temat wpływu karmelowego barwnika na smak i aromat whisky. Nie miejsce tutaj na roztrząsanie takich dylematów – whisky barwione wcale nie muszą ustępować tym pozbawionym karmelu, jeśli chodzi o doznania smakowe. Co więcej, w większości przypadków producenci nie są zmuszani do ujawniania faktu barwienia swojej whisky karmelem, a więc informacja ta stosunkowo rzadko dociera do konsumentów. Chyba że mówimy o rynku np. niemieckim, gdzie odpowiednie przepisy wymuszają podanie takiej informacji na etykiecie. Jeśli jednak nie mam do czynienia z butelką przeznaczoną na rynek niemiecki, w tej konkretnej kwestii kierować się trzeba następującymi kryteriami.

Masowo butelkowane oficjalne wersje whisky z reguły będą barwione karmelem. Po prostu będą. Argumentem za jest konieczność utrzymania tej samej barwy whisky w poszczególnych partiach. Można się z tą argumentacją nie zgadzać, jednak z drugiej strony trudno odmówić jej logiki. Jeśli producent nie będzie zmuszony do ujawnienia takiej informacji, najpewniej jej nie ujawni. Jeśli jednak nie doda do danej whisky karmelu, bardzo chętnie podzieli się tą wiadomością z konsumentami. Tak więc, jeśli na oficjalnej wersji nie znajdziemy żadnej informacji o dodatku karmelu, założyć można dość bezpiecznie, że w butelce karmel się znajduje.

[caption id="attachment_369" align="aligncenter" width="980"]

Destylarnia Isle of Jura przyznaje się otwarcie, choć skromnie, w ostatnich linijkach tekstu na kartonie, o barwieniu karmelem swojej whisky. Butelka przeznaczona była na rynek niemiecki.[/caption]

Powyższe nie dotyczy kilku marek i kilku regularnych oficjalnych edycji. Zasadą przyjętą przez producenta Springbank (a także Longrow i Hazelburn) jest niedodawanie barwnika do whisky. Tak więc, nawet jeśli nie znajdziemy informacji na ten temat na etykiecie, spokojnie można założyć, że w Springbank, Longrow i Hazelburn karmelu nie ma. Poszczególne partie Springbank, nawet w ramach tej samej edycji, zawsze różniły się nieco odcieniem. I nikomu to nie przeszkadzało.

Drugim przypadkiem będą edycje limitowane, w sposób ostentacyjny wręcz odwołujące się do tradycji, naturalności i dawnych wzorców, i odżegnujące się od wszelkich sztuczności (nota bene, do szkockiej whisky można dodać tylko naturalny karmel e150a, żaden inny). Typowym przykładem będzie tu Aberlour a’bunadh, whisky reklamowana jako ta naturalna i tradycyjna od samego początku swej obecności na rynku. No i ze świecą szukać niezależnego dystrybutora, który do butelkowanej przez siebie whisky doda karmel. Niechlubnym wyjątkiem są edycje firmowane przez Gordon & MacPhail, ale i u nich w ostatnim czasie zaczęło się to zmieniać na korzyść whisky niepoddawanych barwieniu.

Filtrowanie na zimno

Zjawisko, o którym już wspomniałem kilka akapitów wyżej. Producenci chcą, by firmowana przez nich whisky wyglądała atrakcyjnie na półkach sklepowych. Dlatego najczęściej poddają ją tzw. filtrowaniu na zimno (chill filtering), by whisky była czysta i klarowna. Niestety, proces filtrowania nie pozostaje bez wpływu na aromat i smak whisky. Zwyczajnie je zubaża. Niekoniecznie jest to tragedia, w sprawie której warto jakoś specjalnie kopie kruszyć, jednak jeśli chcemy doświadczyć whisky w najbardziej naturalnym stanie, o bukiecie możliwie najpełniejszym, warto sprawdzić czy whisky poddana została temu procesowi, czy też nie.

Gdzie znaleźć informację na ten temat? Niefiltrowane whisky zwykle opatrzone będą opisem „non-chill filtered” (producenci nie mogą się zgodzić w którym miejscu wstawić łącznik, więc pisownia może się różnić nieco od podanej). Jeśli takiej informacji na etykiecie nie ma, na brak filtrowania wskazywać może podwyższona zawartość alkoholu do 46% lub postać cask strength. Z reguły oficjalne, podstawowe edycje producentów będę filtrowane. Nie dotyczy to np. Springbank, jak już wspomniano. Z kolei niemal wszystkie edycje firmowane przez niezależnych dystrybutorów filtrowane nie będą.

[caption id="attachment_354" align="aligncenter" width="980"]

Kolejna niezależna edycja - whisky nie jest barwiona, nie jest filtrowana. Zawartość alkoholu na poziomie 46% zapobiega zmętnieniu whisky w temperaturze pokojowej.[/caption]

Rodzaj beczki

Informacja, która bardzo rzadko pojawia się na etykietach wersji oficjalnych producenta, a bardzo często na edycjach niezależnych. Ma niemałe znaczenie, jeśli poszukujemy konkretnego, zdecydowanego profilu smakowego. Są tacy wielbiciele whisky, którzy wysoko sobie cenią whisky z beczek po sherry, inni skłaniają się raczej ku beczkom po burbonie. Rodzaj zastosowanej beczki będzie miał wpływ również na barwę whisky (przy założeniu, że nie zastosowano karmelu). Zdarzyło mi się pijać stare, kilkudziesięcioletnie whisky z beczek po sherry, które były głęboko rubinowe, nieprzejrzyste, niemal wręcz czarne.

Informacja na temat zastosowanej beczki będzie również miała ogromne znaczenie w przypadku whisky poddawanych dodatkowemu dojrzewaniu, tzw. wood finishing. Dla nikogo nie będzie obojętne czy w swojej whisky znajdzie akcenty pochodzące z beczki po czerwonym winie, rumie, porto czy może koniaku.

Z punktu widzenia smakosza whisky ważne będzie ile razy dana beczka byłą wykorzystana do dojrzewania whisky, niezależnie od tego, co wcześniej w niej się znajdowało. Jeśli będzie to beczka używana do whisky po raz pierwszy (first fill), producent lub dystrybutor chętnie umieści na etykiecie informację na ten temat, bo jest się czym pochwalić. Informacja taka z pewnością podniesie wartość rynkową danej whisky, jej cenę. Ostrożnym jednak trzeba być z informacją o kolejnym wykorzystaniu beczki. Stosowane w takich przypadkach określenie „refill” potrafi być sprytnym wytrychem. Wiele osób zakłada, że mowa jest o drugim napełnieniu, czyli w dalszym ciągu mamy do czynienia z potencjalnie przyzwoitą whisky, dojrzewaną w stosunkowo dobrej jakości drewnie. Jednak „refill” może oznaczać po prostu kolejne napełnienie. Nawet piąte czy dziesiąte. Bardziej precyzyjne „second fill” pojawia się na etykietach zdecydowanie rzadziej.

[caption id="attachment_357" align="aligncenter" width="980"]

Ta butelka Springbank pochodzi z napełnianej ponownie (refill) beczki typu hogshead po porto. Warto zwrócić uwagę, że przy określaniu wieku whisky liczą się pełne lata spędzone w beczce. Tak więc mimo iż w tym przypadku 2008-1990=18, to wiek tej whisky określony jest jako 17 lat. Destylacja w grudniu, butelkowanie w lutym, a więc 17 pełnych lat.[/caption]

Na koniec – nie dajmy się nabrać

Producenci whisky, szczególnie tych pośledniejszych edycji, osiągają szczyty kreatywności opisując swoją whisky jako starą, tradycyjną, świetnie odleżakowaną, wybitną, niezwykłą, rzadką, jedyną w swoim rodzaju, i tak dalej. Stąd na etykietach pojawiają się określenia w stylu „very old,” „rare,” „unique,” „special” i temu podobne. Co więcej, na kontretykietach znajdziemy często historie, o których się gorzelnikom nawet nie śniło. Wszystko po to, by zwiększyć atrakcyjność whisky jako towaru, zwiększyć sprzedaż. Niestety, prawda jest taka, że im więcej takich ekskluzywnych określeń na etykiecie, tym większa szansa, że zawartość butelki nadaje się co najwyżej do zlewu.

Wydawało się, że na niewielkim skrawku papieru, jakim jest etykieta umieszczona na butelce whisky, nie da się zmieścić zbyt wiele informacji. Okazuje się, że wręcz przeciwnie. A jeśli do tego dołożymy kontretykietę, to jeszcze i na notki smakowe miejsce się znajdzie. Mam nadzieję, że udało się przybliżyć nieco to zjawisko i że gdy przyjdzie wam następnym razem wybierać whisky, wskazówki zawarte w naszych wpisach okażą się pomocne.

Rajmund Matuszkiewicz
Autor

Rajmund Matuszkiewicz

Pasjonat Szkocji i szkockiej whisky. Autor pierwszej strony internetowej w języku polskim, poświęconej szkockiej whisky słodowej. Od 2000 roku odbył dziesiątki wypraw do Szkocji, odwiedził niemal wszystkie szkockie destylarnie, niektóre wielokrotnie.

Więcej z tej kategorii

Jak dziś wykańcza się Whisky?
26/11/2018
ODWIEDZAMY MAGAZYN PORTO - GRAHAM
25/10/2018
Wywiad z P. Thompsonem - założycielem destylarni Dornoch
18/10/2018