fbpx

Whisky

Zwiedzamy destylarnię whisky

10 czerwca 2018

Miłośnicy whisky w Poznaniu nie muszą szukać daleko poza Dram Barem, jednak warto pamiętać, że wielkimi krokami zbliża się sezon urlopowych wyjazdów i podbojów najbardziej nawet egzotycznych zakątków świata. I o ile najbardziej popularne wśród rodaków wydają się kierunki tropikalne, niejeden z nas ruszy na północ. A ściślej – na północny zachód. Czyli między innymi do Szkocji, ojczyzny whisky. Pobyt w ojczyźnie Bravehearta nie byłby pełny bez wizyty w destylarni whisky. Każdy wszak chce się naocznie przekonać jak oni to pędzą, z czego to robią, w czym i jak dojrzewają. No i czy przy okazji da się czegoś dobrego skosztować, a może nawet przekroczyć limity spożycia. Z myślą o takich podróżnikach przygotowaliśmy dzisiejszy tekst.

W chwili obecnej na terenie Szkocji funkcjonuje grubo ponad setka destylarni whisky, z czego kilkadziesiąt oferuje mniej lub bardziej rozbudowane programy zwiedzania i/lub degustacji. Szkocki przemysł gorzelniczy przechodzi obecnie okres bardzo dynamicznego rozwoju, więc podawanie dokładnych liczb zupełnie mija się z celem. Jedno jest pewne – jest z czego wybierać. Właściwie w której części Szkocji byśmy nie wylądowali na wakacje, zawsze gdzieś w pobliżu znajdzie się kilka gorzelni, do których być może warto wpaść powęszyć.

Trzeba pogodzić się z faktem, że nie wszystkie destylarnie udostępnione są do zwiedzania. Na zdjęciu tabliczka przy bramie destylarni Miltonduff.

Widziałeś dwie-trzy destylarnie – widziałeś je wszystkie

Znam osobiście wiele osób, które za punkt honoru postawiły sobie odwiedzenie jak największej liczby szkockich destylarni. Pół biedy, jeśli robią to sami i na własną odpowiedzialność. Gorzej, gdy ciągną za sobą kogoś z bliskich, kto niekoniecznie przepada za whisky, a destylarnia jest dla niego/niej jedynie jedną z wielu atrakcji turystycznych dostępnych w Szkocji. Pół biedy, jeśli taki entuzjasta turystyki gorzelnianej sam się szybko zorientuje, że w gruncie rzeczy nie ma czego szukać w kolejnej gorzelni. Gorzej, jeśli swój plan odwiedzenia wszystkich dostępnych destylarni zechce wprowadzić w życie z żelazną konsekwencją. Wiem, sam kiedyś pociągnąłem swoją żonę po szlaku destylarni. Dobrze, że na koniec wylądowaliśmy w Moray i Aberdeenshire, gdzie aż roi się od zamków.

Jak już wspominałem w którymś z poprzednich tekstów, proces produkcji whisky jest niezwykle prosty, łatwy do opisania, a linię produkcyjną da się zmieścić w jednym pomieszczeniu. Proces ten jest dokładnie taki sam w każdej destylarni. Co do joty taki sam. Destylarnie będą się miedzy sobą różnić wielkością produkcji, a co za tym idzie liczbą kadzi fermentacyjnych i alembików. Ich kształtem i wielkością te, naturalnie. Różnić się będą architekturą – jedne są przepięknymi perełkami architektury przemysłowej, inne są architekturą przemysłową. Różnice też dotyczyć będą przewodników, na jakich mieliśmy szczęście (lub nieszczęście) akurat trafić. Jedni będą rzeczywiście znali się na produkcji whisky, inni będą beznamiętnie recytowali wyuczone akapity z książki dostępnej za kilka funtów w sklepie na terenie destylarni. Jednak w gruncie rzeczy, nie ma co się spodziewać, że w trzeciej bądź czwartej odwiedzanej destylarni dowiemy się czegoś nowego, czegoś odkrywczego. Dlatego naprawdę – sugeruję zainteresowanie się również szkockimi zamkami, klifami, plażami, czy imprezami typu Highland Games.

Wiele destylarni otwartych dla turystów przygotowuje mniejsze bądź większe ekspozycje poświęcone tradycji gorzelnictwa na danym terenie, lub wielkim postaciom historycznym związanym z danym miejscem.

Destylarnia to nie whisky, whisky to nie destylarnia

Naturalnym jest, że jeśli mamy wybór, przede wszystkim zdecydujemy się na zwiedzanie tej destylarni, z której whisky stanowi nasz ulubiony trunek. Może się zdarzyć, że rzeczywiście producent naszej ulubionej whisky okaże się również rewelacyjnym miejscem do odwiedzin. Kto wie, może nawet zechcemy tam przyjechać raz jeszcze. I jeszcze. Szczególnie jeśli napełnimy tam osobiście beczkę lub ją kupimy, i zechcemy doglądać regularnie jak nasza whisky dojrzewa. Jednak wcale nie zawsze tak musi być. Atrakcyjność miejsca i atrakcyjność produktu to często zupełnie różne kwestie i nie ma co szukać związku między jednym a drugim. Nie żeby taka zbieżność nigdy się nie zdarzała. Jednak planując wyprawę do destylarni, warto zainteresować się przede wszystkim opiniami osób, które już ją odwiedziły.

Ogromnym rozczarowaniem potrafią być wizyty w destylarniach należących do pewnego koncernu. I to pomimo faktu, że produkt niejednej z nich z całą pewnością będzie znajdował się wysoko na liście naszych ulubieńców. Gdy jednak przyjedziemy na miejsce, trudno oprzeć się wrażeniu, że traktuje się nas jak bandę przedszkolaków – po destylarni poruszamy się grupą, nie wolno zejść z wyznaczonego toru zwiedzania, nie wolno fotografować, należy wyłączyć telefony komórkowe. Aż człowiek się zaczyna zastanawiać czy za chwilę nie każą nam iść parami, trzymając się za rączki.

Z kolei są takie destylarnie, w tym między innymi te niedawno uruchomione, które nie zdążyły się jeszcze nawet dorobić pełnoprawnej whisky, gdzie zwiedzanie jest jedną wielką radością. Można wejść, gdzie dusza zapragnie, wszystkiego dotknąć, powąchać, spróbować, nie mówiąc o niczym nieskrępowanej możliwości pstrykania wszystkiego wokół. Swoją drogą, zakaz fotografowania w niektórych destylarniach jest jednym z bardziej irytujących. Podobno względy bezpieczeństwa, choć trudno w to tłumaczenie uwierzyć – wystarczy być gościem specjalnym i można pstrykać do woli. I wtedy nikt się nie martwi, że iskra z mojego aparatu spowoduje wybuch oparów alkoholu unoszących się wokół?

Jedną z najciekawszych destylarni, jaką dane mi było odwiedzić, była działająca od niemal 10 lat Abhainn Dearg na wyspie Lewis w Hebrydach Zewnętrznych. Już samo znalezienie jej było nie lada wyzwaniem. A na miejscu okazało się, że zamiast wychuchanych, błyszczących alembików, jakieś urządzenia własnej roboty – ewidentnie dwa stare bojlery pochodzące pewno z jakiegoś remontowanego hotelu. Postawione pionowo, z samodzielnie przyspawanymi, prostymi szyjkami. Zestaw rurek wodociągowych, wężownice zanurzone w rozpadających się drewnianych kadziach, przerdzewiałe obręcze stalowe. Wszędzie kapie, przecieka, syczy. Prawdziwy kosmos. A w pomieszczeniu recepcji, pani przewodniczka w wolnych chwilach przelewa z jednego słoja do drugiego miejscową whisky, wsadziwszy uprzednio do lejka filtr do kawy. A jeśli chcesz kupić butelkę miejscowej whisky, to nie ma sprawy, ale dostaniesz ją bez etykietki. Skończyły się. Mają przyjść za dwa tygodnie – jak się pojawią, to pani ci ją przyśle pocztą i sam sobie nakleisz. Abhainn Dearg – warto zapamiętać tę nazwę. A whisky robią okropną. Przynajmniej jak dotąd.

Wnętrze hali produkcyjnej destylarni Abhainn Dearg na wyspie Lewis. W głębi kadru wspomniane w tekście niezwykłe alembiki.

Dzika impreza to nie w destylarni

Z jakiegoś powodu wielu moich znajomych, z którymi dane mi było wędrować po szkockich destylarniach, spodziewało się, że trafimy do magazynu, otworzymy beczkę albo dwie – i że wyjdziemy stamtąd na czworaka. Nic bardziej mylnego.

Podczas standardowego zwiedzania otrzymujemy najczęściej do degustacji śladowe wręcz ilości najbardziej podstawowej edycji whisky produkowanej w danej destylarni. Czasem będą to dwa kieliszki, bardzo rzadko trzy. Whisky będzie w nich jednak tak niewiele, że możesz nawet nie zauważyć, że coś tam przykrywa dno. A przewodnik będzie opowiadał te same historie, co ten w poprzedniej. I w tej odwiedzanej wczoraj. I tej z przedwczoraj. W grupie zwiedzających zawsze trafi się ktoś, kto będzie zachwycony, na nim skupi się uwaga przewodnika, a ty będziesz się snuł i zastanawiał co poszło nie tak. Przecież pojechałeś do Szkocji sponiewierać się doskonałą whisky u samego źródła. No i znajomy opowiadał, że po takiej degustacji w destylarni ledwo do drzwi się doczołgał, z warg zlizując ostatnie krople miejscowej trzydziestolatki. Co więc poszło nie tak?

Trzeba pogodzić się z faktem, że kolega jest albo niepoprawnym mitomanem, albo… zapisał się na coś więcej niż zwykłe zwiedzanie, zapłacił grubą kasę, trafił na dobry humor przewodnika, okazało się, że akurat ma urodziny, przekonał gospodarzy, że przyjechał do Szkocji z drugiego końca świata specjalnie dla tej destylarni, albo jest potencjalnym przedstawicielem handlowym tejże. Albo wszystko to jednocześnie. Brałem udział w wielu sesjach degustacyjnych w różnych destylarniach. Wiem, że jeśli trafimy na specjalny układ planet, to rzeczywiście wyzwolone zostać mogą takie siły, że wywołane nimi wydarzenia opowiadać będziemy jeszcze wnukom. Do dziś mam w pamięci pewną wizytę w magazynie Bruichladdich (specjalna opcja do wykupienia na miejscu – polecam), podczas której wydało się, że jeden z kolegów ma akurat urodziny, jest wielbicielem Octomore, a wizyta w Bruichladdich zawsze była szczytem jego marzeń. A trafiliśmy na niezwykle hojną przewodniczkę. Ja byłem kierowcą te dnia, więc wszystko pamiętam. Pozostali członkowie grupy już raczej niekoniecznie.

Niektóre destylarnie oferują swoim gościom możliwość własnoręcznego napełnienia butelki whisky wprost z przygotowanej w tym celu beczki. Na zdjęciu destylarnia Bruichladdich na wyspie Islay.

Gdzie pojechać?

Jeśli to wybór destylarni, które chcemy zobaczyć, jest najważniejszym kryterium służącym do planowania trasy naszej wyprawy po Szkocji, polecam przede wszystkim wizytę gdzieś na wyspach. A jeśli wyspy i Szkocja, to przede wszystkim Islay. Samych destylarni i ich produktów nikomu nie muszę rekomendować, jak sądzę. Z punktu widzenia gorzelnianego turysty, destylarnie położone w miejscach trudniej dostępnych będą z definicji bardziej przychylne, gościnne i hojne. A szkockie wyspy takie właśnie są. Tam wiadomo, że człowiek podjął wysiłek, by tam dotrzeć. I ten wysiłek jest doceniany. Poza Islay, oczywiście, będą to także destylarnie położone na innych wyspach – Jura, Orkady, Mull, Harris i Lewis.

Na drugim krańcu skali otwartości na turystów będą te destylarnie, które ze względu na swoją łatwą dostępność na co dzień zmagać się muszą z całymi autokarami zupełnie przypadkowych gości. Tak więc, wszystkie te, które położone są przy uczęszczanych szlakach, czy wręcz w samym centrum miasteczka – choćby tak pięknego, jak Oban – mogą nas rozczarować. Są tu chlubne wyjątki. Destylarnie mogące być pod tym względem wzorem dla innych, mimo iż są niezwykle popularnymi i nierzadko zatłoczonymi miejscami, szczególnie w sezonie turystycznym. Taką destylarnią jest chociażby Glengoyne, położona wszak paręnaście kilometrów od Glasgow i odwiedzana przez codziennie setki gości. Takim miejscem jest też Glenfiddich, destylarnia znajdująca się w samym centrum Speyside, w miasteczku Dufftown, nazywanym często stolicą szkockiej whisky słodowej. Tłumy turystów przyjmowane codziennie nie przeszkadzają w zapewnieniu fachowej obsługi i miłej atmosfery.

Aha, wizyty w destylarniach są z reguły płatne. Poza nielicznymi wyjątkami, gdy w trakcie przestoju produkcyjnego niektóre destylarnie nie każą sobie płacić za zwiedzanie. Trzeba się liczyć z wydatkiem od 10 do 15 funtów za podstawowe, standardowe zwiedzanie. Opcje bardziej wyszukane, w tym degustacje w magazynach, potrafią kosztować kilkadziesiąt funtów, czasem nawet ponad sto.

Destylarnia Springbank w Campbeltown jest jedną z nielicznych szkockich gorzelni, w których mamy możliwość wejść również do magazynu celnego.

Avatar

Autor

Rajmund Matuszkiewicz

Pasjonat Szkocji i szkockiej whisky. Autor pierwszej strony internetowej w języku polskim, poświęconej szkockiej whisky słodowej. Od 2000 roku odbył dziesiątki wypraw do Szkocji, odwiedził niemal wszystkie szkockie destylarnie, niektóre wielokrotnie.